| Call of Duty: Modern Warfare - Recenzja |
Call of Duty: Modern Warfare
Fallout kłamie - wojna się zmienia. I to nawet bardzo. Bo takiego skoku między poprzednimi częściami Call of Duty, a tą, oznaczoną podtytułem Modern Warfare, dawno nie widziałem. A niby to wciąż ta sama wojna...
Niektóre znane nam gry wręcz trzeba szufladkować. Ot, chociażby taki Doom - wyobrażacie go sobie w konwencji Simsów czy Gothica? Pomyślelibyście sobie, że to totalna katastrofa i szarganie opinii tak zacnego tytułu. To teraz wyobraźcie sobie, jak musieli czuć się programiści z Infinity War, robiąc z Call of Duty 4 współczesnego shootera! Okropieństwo, prawda? Otóż, nie do końca. Przed premierą tego tytułu miałem mieszane uczucia co do czasu i miejsca akcji - dla mnie ta seria kojarzyła się tylko i wyłącznie z II wojną światową. Oglądałem coraz to nowsze trailery, screeny, ale nadal nie mogłem się przekonać co do nowej koncepcji Infinity War. Lecz olśnienie miało nadejść dopiero podczas samej rozgrywki...
Mówcie co chcecie, ale ja po przejściu kampanii doszedłem do wniosku, że "drobne" przenosiny odświeżyły śmierdzącą z lekka pleśnią drugą wojnę światową, znaną nam z poprzednich części. Czujecie się obrażeni? Dajcie chwilę na wytłumaczenia, doczytajcie do końca tej recenzji.
Czas akcji w nowej grze Infinity Ward najlepiej ujmuje sam podtytuł gry, w dosłownym tłumaczeniu "nowoczesne pole walki". Los rzuca nas w rok 2010. Dowiadujemy się, że pewnemu Rosyjskiemu nacjonaliście nie podoba się sytuacja w powojennej Rosji. Ten pragnie przywrócenia rządów komunistycznych, a przy okazji - zapanować nad światem. Wujek George nie może przejść obok tego problemu obojętnie i wysyła do Zatoki Perskiej swoich najlepszych żołnierzy. Z drugiej strony rząd brytyjski kieruje swoich pupili na tereny rosyjskie, między innymi, Ukrainy. Obie kampanie przeplatają się ze sobą - z jednej strony mamy krwawą sieczkę z terrorystami (kampania amerykańska), a z drugiej konspiracyjne działania i walki pod osłoną nocy (kampania brytyjska).
Szkoda, że obie kampanie nie trzymają równego poziomu. Moje zastrzeżenia dotyczą głównie kampanii amerykańskiej - klimatami i założeniami przypomina Helikopter w Ogniu, przez co nie ma w niej nic innowacyjnego. Dość powiedzieć, że bardzo szybko się nudzi i niejednokrotnie doprowadzała mnie do furii swoim nierównym poziomem trudności. Jednego razu przejście misji sprawia nam mniejszy problem niż zawiązanie sznurowadeł, a innego w dość przykry sposób weryfikuje nasze umiejętności. Zdecydowanie lepiej jest z kampanią brytyjską - tam trzeba również niekiedy się natrudzić, ale przejście dane etapu daje nam dużo więcej satysfakcji. Ot, chociażby misja, w której naszym celem jest zabicie jednego z głównych prowokatorów wojny - by do niego dotrzeć, trzeba zakradać się między patrolami żołnierzy, zdejmować ich z wieżyczek, omijać psy, biegać wśród zniszczonych, opuszczonych blokowisk. Smaczku dodaje niesamowita muzyka rodem z wielkiej produkcji Hollywood'u. To wszystko składa się na obraz wielkiej gry akcji, która wciągnie cię niczym odkurzacz.
Mówi się, że to niby Crysis jest najlepiej wyglądającą grą na pecety w całej historii komputerowej rozgrywki, ale mając na uwadze grafikę Call of Duty 4: Modern Warfare, można dojść do wniosku, że nie do końca tak jest. Fakt - do produkcji Crytek'a Infinity War jeszcze trochę brakuje, ale tak czy siak wygląda obłędnie! Mógłbym się rozpisać na temat niesamowitej przyrody, wyglądu postaci, ale wszyscy dobrze wiemy - obraz powie nam więcej niż tysiąc słów. Tak więc popatrzcie na screeny.
Wspominałem już o niesamowitej oprawie dźwiękowej okalającą całą produkcję - to napomnę o samej rozgrywce. Jeśli nudzi cię Crysis, a Bioshock to nie twoje klimatu, to tutaj poczujesz się jak w domu! To nadal stary, dobry CoD, ale w trochę innych klimatach - i niewiele gorszych, chociaż można by rzec: lepszych. Trudno jest jednak opisać podniecenie, jakie człowiek czuje podczas wykonywania kipiącą akcją misji. Nie mamy ani chwili do wytchnienia - przykładem jest chociażby jedna z początkowych misji, gdzie podczas ostrzeliwania się z wrogiem dostajemy informację, że wiemy, gdzie jest przetrzymywany nasz kumpel i że jest szansa na uratowanie go. Dostajemy rozkaz jak najszybszego dobiegnięcia do opuszczone budynku. Podczas przebijania się przez linię nieprzyjaciela ponaglają nas bębny. Adrenalina sięga zenitu. Po prostu cud, miód i orzeszki!
Nie popełnijcie błędu lekceważenia - to nie czas akcji zdobi serię Call of Duty! A nawet jeśli tak myślicie, szalona, szybka rozgrywka wszystko wam zrekompensuje i poczujecie się jak za starych, dobrych czasów. Jak dla mnie najlepszy FPS roku 2007. Chędożyć Crysisa!
AUTOR: WIX
|
|