| Artyzm? A co to jest takiego? |
Zastanawiałem się od czego zacząć ów tekst, ale nic konkretnego nie wymyśliłem. Najlepiej byłoby zacząć od kwestii dotyczącej samego czytania książek. Wiadomo, nie każdy czyta regularnie, jednak każdy już czytający ma wyrobiony pewien gust. Pisarze są różni i różne są wydawnictwa. Te ostatnie jednak są gustem szczególnie zainteresowane (na gustach naszych wszak zarabiają). Wydawca więc, jako biznesman, powinien kupować tylko takie towary, które potem sprzeda klientom-czytelnikom (a sprzeda tylko te, które się czytelnikowi spodobają). Tym samym stawia pewne warunki autorom powieści co do ich tworów - wszak nie będzie dokładał swoich pieniędzy do wydania, mamy kapitalizm i każdy chce za coś żyć. Life is brutal, ale rozumiem. Potencjalny autor ma zatem dwie drogi do wyboru: albo spełniać zachcianki -, czyli wymagania wydawnictwa, które są czasem absurdalne (np. najpierw dopisywać 40 stron akcji, potem odchudzać książkę; o jakieś 40 stron) i często nie wydawać swojego dziecka takim, jakie chciał, by było, albo nie wydać jej w ogóle. Jakby jednak nie było - musi wcześniej napisać kilkanaście opowiadań do różnych magazynów i fan-zinów, by jego nazwisko zostało poznane, wpadło w oko tu i ówdzie. Wydawnictwo nie weźmie wszak nikogo z ulicy - za dużo może stracić. Pilipiuk napisał 37 książek - m.in. 19 o Panu Samochodziku (wydane pod innym nazwiskiem), Oko Jelenia, Norweski Dziennik, trylogię Kuzynek oraz cykl o Jakubie Wędrowyczu. O ile samego Wędrowcza czytałem chętnie, bawił mnie szczerze w gimnazjum i dziś niejeden tekst śmieszy, to innych książek nie czytałem. Jeśli jednak chodzi o lekką literaturę, to Pilipiuk ma lekkie pióro. Autor ten reprezentuje właśnie tą pierwszą postawę. Pisze książki hurtowo, jak maszynka - na spotkaniu przedstawił swój plan pisania do połowy 2010 roku a wierzcie, nie będzie to jedyna książka. Jak sam powiedział, zmienił swoje nastawienie do pisania na znacznie bardziej pragmatyczne. Robi książki dla wydawnictwa - tj. wydawnictwo książki praktycznie książki zamawia, a Pilipiuk je pisze. Może się nie wyrabiać, ale będzie siedział i klepał w klawiaturę, aż zadowoli wydawnictwo, pragnące konkretnej książki dla konkretnej, najlepiej jak najliczniejszej, rzeszy kupując... czytających. Gdzie tu wena, gdzie artyzm? Gdzie Sztuka? Nie najeżdżam tu na Pilipiuka personalnie, jestem przeciwny takiej postawie wobec każdego "artysty". Osoba, która tworzy coś tylko dla pieniędzy, nie wkładając w to weny, wyobraźni, samego siebie, nie jest artystą. Pragmatyczny rzemieślnik produkujący towar - tak. Ale nie artysta. Artysta tworzy od siebie, tworzy, gdy czuje potrzebę, ma wenę i natchnienie. Natchnienie, jakaś nienazwana Muza jest potrzebna do stworzenia rzeczy wspaniałych, oszałamiających, fantastycznych, powalających - rzemieślnik stworzy co najwyżej piękne. Częściową winę za ten stan rzeczy ponoszą wydawnictwa, którym zależy tylko na zysku. Wyłuskują tylko znanych już autorów, którzy piszą właśnie tak, jak chce większa część publiki - niekoniecznie o najwybredniejszych gustach. Szansy nie mają nowi, początkujący, bo nawet jeśli utalentowani, to nie ma za bardzo dla nich miejsca na rynku. Tym bardziej w czasie Kryzysu. Tu poruszyć należałoby inną kwestię: czy liczy się coś oprócz samego dzieła? Tak, moim zdaniem znacząco. Wiele dzieł z jakiekolwiek dziedziny artystycznej nabiera nowego znaczenia, gdy zna się okoliczności jego powstania oraz intencje autora. Inaczej się czyta u Sapkowskiego o kwestujących druidach, gdy zna się protesty ekologów, inaczej patrzy na obrazy Caravaggia wiedząc jakie życie prowadził. Natomiast odechciewa się sięgać po dzieło, które zostało wyprodukowane do ściągania kasy z ludzi. Załóżmy jednak, że autor X dochrapał się upragnionego pierwszego wydania, ba - nawet drugą i trzecią książkę jego wydano. Co dalej? Właśnie znowu wracamy do wymagań wydawnictwa. Jeśli chodzi o fantastykę, to zdecydowanie najszersze grono czytelników dotyczy młodzieży w wieku około 12-16 lat. Ale czy ciągle ma się pisać prostą, lekką fantastykę dla dzieci? Gdzie miejsce dla dojrzalszego czytelnika, który szuka głębszych treści w książce, albo, że zejdziemy niżej w wymaganiach, po prostu ciut trudniejszej lektury? Aż się czasem dziwię, że Dukaja wydają. Oddać tu jednak muszę pewne honory - z tego, co słyszałem Fabryce Słów zdarza się wydawać czasem mniej znanych autorów. Ile w tym prawdy - niestety nie wiem, ostatnio zaniedbałem literaturę. No dobra, ale co my, szarzy czytelnicy, możemy zrobić? Mówić głośno o tym, co nam przeszkadza! Jednak by nasz głos miał znaczenie, a raczej: by został usłyszany, musimy mieć większe znaczenie - wydawca powinien wiedzieć, że straci materialnie, jeżeli będzie działał wbrew klientom (czyż to nie prawo kapitalizmu?). Co jednak straci, gdy pogada nań ktoś, kto nie jest nawet potencjalnym klientem? Zacznijmy więc kupować książki. Ot, tak po prostu. Te 25-32zł to trochę ponad 0,5l, a około 8 piw. Po książkę jednak sięgniesz zawsze, gdy zechcesz, a butelkę/puszki po prostu wyrzucisz. I, rzecz jasna, nie kupujmy tego, co nam się nie podoba! Ja, na przykład, na pewno nie kupię już żadnej książki Pilipiuka, poznawszy jego podejście.
|
|